Reksio |katalog |Listonosz Pat
„gdzieś szedłem... O!... o... — stęknął ze wstrętem. Wydało mu się bowiem, że w jakimś momencie, właśnie wtedy gdy szedł... dłonią dotykał ściany. Czyżby sprawy stały aż tak źle, że już nie był pewny swych nóg Are znowu co to (Poderwał się na poduszkach, aby z powrotem na nie upaść). Bo oto nie wiadomo dosłownie skąd, gdy szedł już ku wyjściu sali tanecznej, przy jego boku... zza jego ramienia... wyłonił się ten sam młody mężczyzna ze srebrzystym krawatem. A Więc kapitan.
— Pan już wychodzi — spytał. — To może pojedziemy razem taksówką, jadę w tę samą stronę.
Wówczas od razu wytrzeźwiał.
— Cha! — zawołał i przystanął.
— Czemu się pan śmieje
— Bo właściwie... cha. Nie mogę, nie mogę odejść. — Obejrzał się. W rogu samotnie tkwiło pianino. Zaśmiecona posadzka. I już mniej, znacznie mniej marynarek i sukienek. — Ja, widzi pan, przyszedłem tu z pa... nią — rzekł i naraz z irytacją uczuł, że język mu jakoś stwardniał, wręcz wydało mu się, że w ustach ma obcy, zawadzający przedmiot. — Więc cha... — dokończył z ogromnym wysiłkiem — muszę na nią poczekać i odprowadzić do domu...
— Widziałem, jak pańska pani już przed chwilą odjechała — posłyszał.
— Ach tak ba!
Czerń. Tym razem jednak nie tyle dziura w pamięci, wywołująca wrażenie ciemni, co raczej ciemnia rzeczywista — może... może schody, po których schodził, nie były czemuś oświetlone, może w ten sposób ciemniała na dole brama Potem ujrzał nad sobą czarne martwe niebo bez gwiazd, Noc.“(3)
Krecik |skup złomu |wózek Fac
„gdzieś szedłem... O!... o... — stęknął ze wstrętem. Wydało mu się bowiem, że w jakimś momencie, właśnie wtedy gdy szedł... dłonią dotykał ściany. Czyżby sprawy stały aż tak źle, że już nie był pewny swych nóg Are znowu co to (Poderwał się na poduszkach, aby z powrotem na nie upaść). Bo oto nie wiadomo dosłownie skąd, gdy szedł już ku wyjściu sali tanecznej, przy jego boku... zza jego ramienia... wyłonił się ten sam młody mężczyzna ze srebrzystym krawatem. A Więc kapitan.
— Pan już wychodzi — spytał. — To może pojedziemy razem taksówką, jadę w tę samą stronę.
Wówczas od razu wytrzeźwiał.
— Cha! — zawołał i przystanął.
— Czemu się pan śmieje
— Bo właściwie... cha. Nie mogę, nie mogę odejść. — Obejrzał się. W rogu samotnie tkwiło pianino. Zaśmiecona posadzka. I już mniej, znacznie mniej marynarek i sukienek. — Ja, widzi pan, przyszedłem tu z pa... nią — rzekł i naraz z irytacją uczuł, że język mu jakoś stwardniał, wręcz wydało mu się, że w ustach ma obcy, zawadzający przedmiot. — Więc cha... — dokończył z ogromnym wysiłkiem — muszę na nią poczekać i odprowadzić do domu...
— Widziałem, jak pańska pani już przed chwilą odjechała — posłyszał.
— Ach tak ba!
Czerń. Tym razem jednak nie tyle dziura w pamięci, wywołująca wrażenie ciemni, co raczej ciemnia rzeczywista — może... może schody, po których schodził, nie były czemuś oświetlone, może w ten sposób ciemniała na dole brama Potem ujrzał nad sobą czarne martwe niebo bez gwiazd, Noc.“(3)
Krecik |skup złomu |wózek Fac